wtorek, 12 grudnia 2017

Na straganie w dzień targowy...

W każdą sobotę i niedzielę na placu wokół bazyliki Świętego Michała w Bordo odbywa się targ.
Sobotni to jedzenie, a  niedzielny cuda wianki jak na załączonych obrazkach. Jest klimat i okazja do nabycia niezłych cacek. Lubicie takie targi?

 są i ciuszki,

 i garnuszki...

 warzywa, owoce lub kawa...
 hala, gdzie można nabyć ryby, mięso, zieleninę oraz zjeść słynne ostrygi, wypić wino i/lub pojeździć na krowie

 jest niewyobrażalny wybór rzeczy w stylu vintage, retro lub second-handowych jak kto woli,

 a dla strudzonych nóg klienta jest i krzesełko dla wypoczynku

 lub stołek!

Miłośnicy sztuki też znajdą coś dla siebie,

 a w samym centrum niedzielnego galimatiasu stoi  golas z brązu i wszystkiemu się biernie przygląda  (wspominałam o nim w  poprzednim poście).


 Miłośnicy sprzętów większego kalibru też są mile widziani.

Mnie osobiście najbardziej spodobała się ta Pani. Wyszła z bazyliki, przysiadła na chwilę, zamyśliła się i poszła w siną dal, nie zwracając najmniejszej uwagi na jarmarczny harmider pod kościołem.

piątek, 8 grudnia 2017

Bordeaux mon amour...

Mam taką młodą tradycję z Przyjacielem. Tradycja spotkań gdzieś jakoś i z przyjemnością. Póki co pogoda nigdy nie zawodzi i dobry humor też.

Po raz drugi spotkaliśmy się we Francji. Wprawdzie trzy miesiące temu, ale czemu by nie ocieplić sobie zimnych grudniowych wieczorów wpisami z ciepłej wczesnej jesieni?

Zapraszam na pierwszy spacer!

Nadzy mężczyźni z brązu. Ozdabiali ulice i place Bordo od 25 czerwca do 25 października. Wystawiali twarze do słońca i zdaje się, że miałam szczęście ich widzieć. Wszystko za sprawą brytyjskiego artysty rzeźbiarza Antony Gormley w ramach projektu Paysages Bordeaux 2017.
To nie jedyne zdjęcie z golasem. Jeszcze go ujrzycie!

Bazylika Świętego Michała (Basilique Saint Michel)w sercu Bordo. Jest klejnotem dzielnicy zdominowanej przez emigrantów. Tygiel kulturowo-religiny z gotycką perłą pośrodku robi wrażenie.

Ulice i uliczki w piaskowych kolorach są zawsze spoko, szczególnie w słońcu.

Deptak prowadzący do najsłynniejszego placu Bordo wzdłuż rzeki Garonne to genialne miejsce na rower, jogging, spacer...

Oto i najczęściej obfotografowany plac miasta: Place de la Bourse (Place Royale). Nocą jeszcze go Wam pokaże. Miodzio!

Lampy uliczne skradły moje serce. Miedziane cuda, które fotografowałam jak szalona. Nie zamęczę Was nimi, ale musicie uwierzyć, że robią dobrą robotę dla miasta i są bardzo charakterystyczną częścią jego wizerunku.
Czy jest tu ktoś jeszcze, kto kocha okiennice? :)

Kawiarnia za dnia, tętniący po zmroku bar nocny. Wino, które polecili nam miejscowi niezbyt mi smakowało, ale miło było zanurzyć się w tym klimacie na chwilę.

Bordo to nie tylko eleganckie zaułki, to też ciemne zakamarki z typami spod ciemnej gwiazdy. To jest to, co misie lubią najbardziej.

Street artu nie ma tam za wiele ...albo niewiele zlokalizowałam. Oto ciekawy przykład znajdujący się rzut beretem od odjechanego Muzeum Wina. 

W/w Muzeum Wina! Moim zdaniem mistrzostwo architektoniczne.

To kolejny przkład street artu. Na żywo wymiata.

A to zdjęcie z cyklu, co Francuzi lubią najbardziej...i ja też!
Widzicie butelki na gzymsach?

Lampa, ulica i subtelna wlepka. Esencja Bordo! Tylko butelki czerwonego brakuje :)

Francja elegancja. Przestrzeń, rozmach i klasa.

Katedra Świętego Andrzeja (Cathedrale Saint Andre)
To chyba jednak jest większe architektoniczne mistrzostwo świata niż Muzeum Wina.

Kolejna lampa, zaułek i streecik!

Ostatnie zdjęcie miedzianych lamp! Słońce było takie, że mucha nie siada. Oprzeć się więc nie mogłam.

Winiarnia jak się patrzy!
Największy problem człowieka w Bordo, to którą wybrać!

Kościół Świętego Piotra (L'eglise Saint Pierre)



Na koniec flamingi i autoportret prowadzącej. Wg niektórych wyglądam tu surowo. Też tak uważacie? 

Nie pokazałam Wam kilku klasyków, ale jeszcze kilka fot mam w zanadrzu. Chcecie czy nie, kolejny wpis będzie!

Ja mieszkałam przy moście Pont de Pierre w mieszkaniu z airbnb i uważam, że to fajna opcja noclegu. Loty można upolować i na weekend romantyczna opcja jak znalazł :)

Do następnego!

sobota, 24 czerwca 2017

Delta del Ebro

Wyjazd na długi weekend do delty Ebro (region: Katalonia) to generalnie dobry pomysł, ale nie polecam z lekko chorym psem i falą upałów. Mimo przeciwności losu, daliśmy radę.
Najważniejsze, że widziałam flamingi!
Poniżej foto relacja.
Widok z hotelowego okna był ...w pytę!


Tak prezentował się widok na rozlewisko rzeki Ebro i kitesurferowców.

Między plażą a niebem.

Obraz z palmami

Park naturalny rzeki Ebro ze stawami morskiej wody, z której odzyskuje się sól.



Widoki z budynku obserwatorium ptactwa

Oglądamy flamingi (dzięki lunetom widzimy, że są przepiękne i mało różowe)

Autoportret z morzem.

Takie zagęszczenie na plaży to ja rozumiem!



"owoc natury" aka foka
 
Droga do punktu obserwacyjnego ptactwa.

Siedlisko flamingów (na zdjęciu tego nie widać, ale była ich masa).


Delta Ebro słynie z upraw ryżu wykorzystywanego m.in. do przygotowania słynnego, hiszpańskiego dania paella. Oto i zielone, bezkresne pola ryżowe.


...i ostatni zachód nad w/w.

W samej delcie nie mieszkaliśmy i dobrze, bo komarów tam było bez liku!
Podobnie jak ptactwa, ryżowych pól i szerokich plaż.
Jak ktoś kiedyś tam zawita, paella albo fideua (wersja z makaronem zamiast ryżu) to obowiązek!!
Tam własnie, jak dotąd, jedliśmy najsmaczniejsze wersje obu dań!

Polecam też rej statkiem, którego my nie zrobiliśmy i zwiedzanie parku naturalnego na rowerze, które zdecydowanie polecam przy niższych temperaturach).